Kamadhatu
Kamadhatu.blog.interia.pl
Notki
"Na", a nawet przeciw 19 lipiec 2009

Zaczęło się od tabletek na kaszel i na gardło. Młoda, szczupła dziewczyna z luźno, jakby od niechcenia spiętymi na karku włosami – na moje męskie, niewprawne oko, nieskażonymi farbą – rozpoczęła tym specyfikiem długą listę farmakologicznych potrzeb, przekazywaną werbalnie w małych dawkach farmaceutce uwijającej się po drugiej stronie szyby. „Na kaszel i na gardło – pomyślałem, odczuwając silną pokusę podzielenia się z nią tą myślą – to najlepsze są papierosy. Fajranty albo Męskie, przyjmowane po 20-30 sztuk dziennie, przez 10 lat. Kaszel permanentny gwarantowany”. Zarzuciłem jednak to ryzykowne przedsięwzięcie. Nigdy nie wiadomo jak u kogoś z poczuciem humoru.

Dalej nastąpiły bardziej skomplikowane życzenia, także z sektora kosmetycznego, których nawet nie jestem w stanie przytoczyć, wszystkie rzucane w okolice konkretów i zmuszające farmaceutkę do pełnego zaangażowania zarówno fizycznego, jak i umysłowego, tym bardziej drażniące, że nie znany nikomu był ich koniec. Kolejka za mną rosła. Upału nie zatrzymywały szklane drzwi apteki, otwarte zresztą na oścież. Dziewczyna stała się celem nieprzychylnych spojrzeń o coraz większej częstotliwości i adresatką niecierpliwych westchnień o coraz wyższym poziomie decybeli.

Kiedy wydawało się, że wykaz upragnionych medykamentów został zamknięty, nastąpiło szukanie karty płatniczej. W innych okolicznościach przyrody roztrzepanie młodej i, skądinąd, interesującej wizualnie osóbki mogło by być urocze. Całe szczęście, że torebka nie była zbyt duża. Ale wtedy padły słowa, których lęka się każdy czekający na swoją kolej. Słowa odsuwające nadzieję na rychłe, wydawałoby się, zainteresowanie pani w okienku w nie wiadomo jak odległą przyszłość.

– Przepraszam, jeszcze mi się coś przypomniało! – Nie no, dziewczyno! Czy sporządzenie listy zakupów to aż tak wielki obciach? – Poproszę jeszcze jakiś szampon na wzmocnienie.

Dziewczyna w końcu obładowana wyszła w żar ulicy, zostawiając w terminalu płatniczym ponad 230 złotych, zaś w przestrzeni publicznej apteki niemal namacalne uczucie ulgi. Ja natomiast zacząłem zastanawiać się nad naszą lingwistyczną niekonsekwencją. Jak to jest, że możemy używać jednego „na” do określenia jednego preparatu zgodnie z jego działaniem, zaś w przypadku innego – zupełnie do jego działania przeciwnie i jeszcze się w tym nie pogubić? I dlaczego powszechnie wybieramy rozwiązanie nieporadne i prostackie? Czyż nie lepiej brzmi „szampon wzmacniający”, o tabletkach przeciwkaszlowych i przeciwbólowych nie wspominając? Język oferuje wiele różnych możliwości, ale nie! My wolimy coś na gardło, na głowę, na trądzik, na żylaki. Kończę, bo zaczyna mi się rozmywać obraz. Chyba będę musiał pójść do lekarza. Od oczu…


Kościół św. Katarzyny 23 maj 2009


Dziś przypada trzecia rocznica tragedii. Dokładnie trzy lata temu spłonął dach kościoła św. Katarzyny. Byłem tam. Był Poniedziałek. Pamiętam jaki słoneczny był to dzień. W niedzielę padało. Około 15:00 zaczęły krążyć jakieś absurdalne informacje, przekazywane z na gorąco czytanych forów internetowych. Po fajrancie poszliśmy zobaczyć cóż się stało. Widok był porażający. Z daleka widoczna chmura dymu niczym wielka strzałka wskazywała miejsce dramatu. A na miejscu strzelające w niebo trójkąty ścian szczytowych, kuriozalnie pozbawione swych funkcji, zaś między nimi ziejąca pustką przestrzeń, jeszcze niedawno zamknięta połaciami dachów. Były tu jeszcze godzinę temu, były od zawsze. Wtedy wydawało się wszystkim, że zawaliły się do wnętrza kościoła. Na szczęście sklepienia wytrzymały. Natomiast żywioł szalał jeszcze w wieży. Obficie oblewana wodą przez strażaków, wyrzucała z siebie kłęby dymu i pary. Od czasu do czasu w okienku pojawiał się pojedynczy język ognia, uzmysławiający jakie piekło się tam rozpętało.

Dziś, chociaż właściwie już wczoraj, 22 maja, minął trzeci rok od tych wydarzeń. Byłem tam kilka dni temu. Dach odbudowano. Pojawiła się także sygnaturka. Paradoksalnie, potrzeba było takiego dramatycznego wydarzenia, żeby przywrócić sygnaturkę, obecną na dachu kościoła do 1945 roku. Jednak jeszcze wiele jest do zrobienia. Sklepienia są okopcone, w wielu miejscach uszkodzone, ściany i filary pozalewane, a samo wnętrze tak wilgotne, że jeszcze przez długi czas nie będzie nadawać się na przyjęcie z powrotem ewakuowanych z niego zabytków. Kartka papieru, którą trzymałem w ręku, po krótkiej chwili przestała szeleścić i straciła sprężystość. Zarówno teraz, jak i trzy lata temu, pomyślałem: jak to jest możliwe, żeby w XXI wieku stało się coś takiego? A skoro brak jednego dachu i opustoszałe wnętrze jednego kościoła działają w ten sposób, to jakie wrażenie musiało wywierać całe miasto, zniszczone w ok. 80%? Co musieli czuć jego mieszkańcy? To przechodzi ludzkie pojęcie. Moje na pewno.

Wiosna (?) 20 marzec 2009

Historia M. sparaliżowała mnie. Dziś zdałem sobie sprawę, jak skutecznie i na jak długo. Chciałem nawet napisać kolejne refleksje na ten temat, ale to byłoby zbyt dołujące. Po pewnym czasie przychodziły mi do głowy inne tematy, ale te z kolei wydały mi się zbyt frywolne wobec niedawnych wydarzeń. Tak minęły Święta, Nowy Rok, zima. Dziś, po pełnych czterech miesiącach, najwyższy czas powiedzieć basta. Memento vitae. Gruba kreska.

Dziękuję wszystkim, którzy do mnie zaglądają mimo wszystko. Z przykrością muszę też zauważyć, że niektóre osoby przestały zaglądać. Nie tylko do mnie. Ich blogi trwają w stanie zablokowania już tak długo, że nie rokują na zmianę sytuacji. W pierwszy dzień astronomicznej wiosny, trzeba zrobić porządek. Chociaż z ciężkim sercem. Tym cięższym, że dotyczy to moich pierwszych czytelniczek. Ale jak mogę polecać blogi, które już nie istnieją?

Zatem żegnajcie. I witajcie.

Bez przyszłości 21 listopad 2008

M. miał wszystko. Tak się przynajmniej wydawało. W młodości zakochał się po uszy w przystojnej dziewczynie. Nie była zbyt serdeczna dla otoczenia, ale może to właśnie mu odpowiadało. Ludzie potrafią kochać za naprawdę dziwne rzeczy. Zresztą kto tam wie, jak zachowywała się wobec M. w zaciszu domowym. Mieli dwie córki. Może niezbyt urodziwe, ale za to cwane i umiejące zadbać o siebie.

W latach 90. wyraźnie polepszyła się ich sytuacja materialna, choć nikt nie przypominał sobie, żeby kiedykolwiek była zła. Innymi słowy dorobili się. Dzięki prowadzeniu biura ubezpieczeniowego. Życie, zdrowie, dom, samochód, podróż, firma – nigdy nie zabraknie klientów chcących bądź muszących się ubezpieczyć. Od każdej umowy prowizja. Złoty interes. Szło tak dobrze, że wkrótce obsługą klientów zajęła się zatrudniona w tym celu osoba. Rozbudowa domu, dwa samochody, nowe meble, w kuchni zmywarka do naczyń. I piwko co wieczór. To była codzienność M.

Jednak nie było idealnie. Musiało być mocno nieidealnie, skoro pewnego razu żona odeszła z dziewczynami i częścią dobytku. Droga w dół była bardzo szybka. Rozwód, likwidacja biura (wyszły przy tym różne malwersacje), rosnące długi, wyprzedaż pozostałych ruchomości , dobijający się do drzwi wierzyciele, potem także policja. I coraz więcej piwek. To stało się nową codziennością M. W międzyczasie wprowadziła się nowa „przyjaciółka” z dwójką swoich dzieci. Trzecie było już wspólne.

W końcu M. sprzedał dom. Rozstał się z przyjaciółką. Pomieszkiwał w okolicy: to w jakimś pokoiku, to w baraku przydomowym. Próbował pracować, ale nigdzie nie zagrzał miejsca. Zniszczony, posiwiały, na chwiejnych nogach widziany był czasem na ulicy, przy której kiedyś mieszkał. Ostatni raz kiedy zaglądał do śmietnika. Znalazł puszkę po piwie, niezgniecioną. Zajrzał do środka, potrząsnął i wlał w siebie jej zawartość. Po czym ruszył dalej. W życie bez przyszłości.

Nie jest to fragment książki, streszczenie sztuki, scenariusz filmu, czy przypowieść umoralniająca. To historia mojego wuja. Najmłodszego syna brata mojej babci. Historia zresztą lubi się powtarzać. Jego ojciec ponoć zapił się na śmierć, jeżeli coś takiego w ogóle jest możliwe. Pewnego razu byłem we wnętrzach zajmowanych kiedyś przez wuja. Przedstawiały widok nader smutny. Puste, ogołocone z przedmiotów, z marnymi resztkami wyposażenia, przesycone dziwnym zapachem. Nie było to pełne optymizmu mieszkanie w stanie surowym, czekające na nowych właścicieli. To był grobowiec czyjegoś życia.

Przychodzi mi do głowy fragment piosenki Marka Grechuty (sam nie wiem dlaczego, przecież nie lubię gościa, trudno jednak odmówić adekwatności słów): „Choć majątek prysł, on nie stoczył się / Wytłumaczyć umiał sobie wtedy właśnie że / Ważne są tylko te dni, których jeszcze nie znamy…” Wuj M. nie umiał.

Piszę o tym wszystkim, gdyż wczoraj dowiedziałem się, że życie napisało ostatni rozdział tej historii. M. zahaczył się gdzieś w charakterze stróża. Miał nocną zmianę. Rano znaleziony został w kałuży krwi. Zmarł w szpitalu. W wieku 57 lat.

Pies-Niemiec 27 październik 2008

 

Moi Kochani,
Chyba rzeczywiście trzeba by było coś nowego napisać, pozwolę sobie zatem opisać co mi się przydarzyło, właściwie spotkało, nie też nie, bo to nie mnie bezpośrednio dotyczy, w każdym razie chciałbym napisać o tym. Otóż, niedawno zadzwoniła do mnie kobieta z Niemiec – Polka – w sprawie służbowej. Podczas wyłuszczania problemu w pewnej chwili włączył się do rozmowy pies. Sądząc po niskich tonach jakie wydawał, pies dość dużych rozmiarów. Moja rozmówczyni rzuciła pospieszne „przepraszam”, po czym, odwróciwszy się od słuchawki, wystrzeliła serię gniewnych słów w jakże amelodyjnym języku naszych zachodnich sąsiadów, zakończoną wywołującym ciarki żądaniem „Ruhe!”.

No ładnie. pomyślałem, to po to nasi dziadowie i ojcowie, ale przecież także babki i matki, walczyły pięć lat z okupantem, żebyśmy teraz mówili do psa Ruhe? Ja rozumiem, że tam się lepiej zarabia, tam się lepiej żyje, jest czyściej, ludzie są milsi, a emerytura pozwala na zagraniczne wojaże (przyjmując, że kobieta wyjechała ponad 20 lat temu, dochodzi też do tej listy wolność), ale mówić do psa Ruhe? Nie mam nic przeciwko Niemcom, ani językowi niemieckiemu, ale Ruhe? Do psa? A może, pomyślałem później, jest to pies niemieckojęzyczny. Może określenie Owczarek niemiecki, nie jest tylko czysto porządkową nazwą. Z drugiej strony, nie słyszałem, żeby szczekał jakoś bardziej po niemiecku.

Zjawisko to warte jest głębszego zastanowienia. Tak czy inaczej, pies natychmiast przestał szczekać. Zrozumiał? Czy może też zmroziło mu krew w żyłach? Najpewniej jest po prostu dobrze wytresowany. A jednak nie mogę pozbyć się myśli, iż zna hasło „Ordnung muss sein.”
 

 

Status Quo 06 lipiec 2008


Trzeba spojrzeć prawdzie w oczy. Nie mogę dłużej oszukiwać ani siebie, ani Was. Muszę ujawnić tą straszną rzecz. A skoro tak, należy ukazać ją w całym swym tragizmie, bez owijania w bawełnę. Jestem uzależniony.

Tak, jestem uzależniony. I to odkąd sięgam pamięcią. W pokładach pamięci nie potrafię już odszukać czasów sprzed uzależnienia. Ze strzępków informacji zbieranych od osób trzecich mogę mieć jedynie blade pojęcie o tym, co działo się wtedy ze mną.

Na dodatek moje uzależnienie się pogłębia. Z czasem wciąga mnie coraz bardziej. Próbowałem uciekać w literaturę, sztukę, w świat wirtualny. Daremne to były próby, na które zresztą mam coraz mniej czasu. Tak, życie pochłania bez reszty. Przepraszam, zapomniałem uściślić: jestem uzależniony od życia. Od świata rzeczywistego. Od Realu.

Real jest coraz bardziej ekspansywny. Wciska się we wszystkie szczeliny. Zamyka wszelkie drogi ucieczki. Wypełnia każdą sekundę dnia i nocy. Ale prawdziwy tragizm polega na tym, że nie wiem co stanie się ze mną, gdy – ewentualnie – kiedyś się od niego uwolnię. Może lepiej utrzymać Status Quo. 

Kochany Blogu 29 kwiecień 2008

Dziś przez chwilę szły przede mną białe, cieniutkie rybaczki, spod których prześwitywały upstrzone fantazyjnymi ciapkami figi. Przez chwilę, bowiem jak najszybciej wykonałem manewr wyprzedzania. Taki szok estetyczny z samego rana jest niewskazany. Cóż, tego typu kreacje są na stałe wpisane w letni miejski sztafaż.

Robi się coraz cieplej, co mnie cieszy niezmiernie. Wokół coraz więcej kojącej zieleni. Na ciałach damskiej części populacji coraz mniej elementów garderoby. Żal mi tylko jednej rzeczy: nocy. Noce, niestety, stają się coraz krótsze. W tym sezonie jesienno-zimowym, o dziwo, nie przeszkadzały mi szybko zapadające ciemności. Wręcz przeciwnie, były azylem, wytchnieniem, sprzymierzeńcem. Pisałem zresztą o tym, zaraz… tak, 19 grudnia. Nie można mieć wszystkiego.

W ferworze obowiązków i obserwacji zmieniającej się przyrody, stało się też to, czego się obawiałem. Przegapiłem urodziny własnego bloga. Pierwsze. Rok i trzynaście dni temu narodził się ten blog, stał się wdzięcznym słuchaczem i powiernikiem moich myśli i refleksji, szufladą pisanych do niej tekstów, choć przecież nie zamkniętą, dzięki czemu mogłem poznać Was i Wasze przemyślenia, drodzy Czytelnicy. Co tu dużo mówić, niewdzięczny ze mnie ojciec.

Racz przyjąć, kochany Blogu, spóźnione życzenia jak najdłuższego życia, życia aktywnego, pozbawionego nudy i sztampy, jak najatrakcyjniejszego wyglądu i zawartości oraz dalszej milczącej cierpliwości w znoszeniu kaprysów swego prowadzącego. 

Szczecin per exemplum 11 kwiecień 2008

„Szczecin stanął”, „Szczecin przeżył ciemność”, „Szczecin walczył z awarią”, „Gwałtowny atak zimy sparaliżował Szczecin” – tak w środę wyglądały pierwsze strony gazet. Niewątpliwie tak rozległa i długa awaria jest poważna. Nie zazdroszczę Szczecinianom, zwłaszcza, że do dzisiaj nie wszyscy odzyskali dostęp do energii. Abstrahując od dociekań po czyjej stronie leży odpowiedzialność za ten stan rzeczy, przykład Szczecina może być przestrogą dla nas wszystkich.

Tak bardzo uzależniliśmy się od energii elektrycznej, że jej brak, już nie tylko może spowodować, ale, jak widzieliśmy, powoduje chaos, paraliż, ciemność. Brak żywności, pieniędzy, paliwa – słowem wszystkiego, czego dziś potrzebujemy do życia. A jaka była tego przyczyna? Zwykły śnieg. Obecny na Ziemi od milionów lat i nie tak znowu niezwykły o tej porze roku, a już na pewno nie w naszym klimacie. Przykład wielu wymarłych w procesie ewolucji gatunków zwierząt, świadczy o tym, że wąska specjalizacja w jednej dziedzinie, choćby nie wiadomo jak doskonała, prowadzi do tragicznego końca, w przypadku jakiejkolwiek zmiany w ciągle przecież zmieniającym się świecie.

Ech. Kończę, bo zaczynam wpadać w banalną retorykę. Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, że sami kręcimy sobie powróz na szyję. Że błogosławieństwo naszych czasów może być naszą zgubą. Oby nie. 

Trzy lata 02 kwiecień 2008

Aż trudno uwierzyć, że to już trzy lata. Dziś przypada trzecia rocznica śmierci Jana Pawła II. Rocznica smutna, ale ze wszech miar godna upamiętniania. Godna i konieczna. Zwłaszcza przez nas, Polaków. Jako że sam papież, będąc biskupem Rzymu, zwierzchnikiem Kościoła, głową państwa watykańskiego, osobą publiczną, „należącą” niejako do wszystkich, nigdy nie wyrzekł się swych korzeni i wielokrotnie, łamiąc przy tym oficjalną etykietę, podkreślał swoje przywiązanie do Ojczyzny.

Tymczasem w jaki sposób manifestuje się konieczność upamiętnienia tej rocznicy? Gazeta, której nazwy roztropniej byłoby nie ujawniać, przez cały tydzień uracza nas gadżetami w stylu obrazków z wizerunkiem papieża, modlitw o rychłą beatyfikację czy ulubionych pieśni Jana Pawła II. Prasa pełna jest wywiadów z ekspertami różnego autoramentu, którzy, jak się okazuje, mają wiele do powiedzenia o papieżu, papiestwie i Kościele. Wspólne modlitwy – to zrozumiałe, ale układanie z zapalonych świec serc, inicjałów czy innych figur – tego nie rozumiem. Artyści w hołdzie, Wadowice live, filmy dokumentalne, a wszystko pod egidą jakże nowocześnie spreparowanego, chwytliwego znaku JP2.

Łatwo w całym tym ogólnym performence’u zgubić to, co rzeczywiście zostawił po sobie Jan Paweł II, czyli jego nauczanie, jego moralne i religijne przesłanie, ujmowane w ogromnej ilości tekstów, a także przykład jaki dawał wszystkim całym swym życiem. Dlaczego w tym dniu nie oddać głosu samemu papieżowi Polakowi? Dlaczego nie rozpropagować jego własnych słów? I nie mam na myśli słów „Niech zstąpi duch Twój…”. Wiem, że od dłuższego czasu wychodzi zbiór wszystkich pism Jana Pawła II – i bardzo dobrze – ale w świadomości ogólnej papież po prostu był, żył skromnie, a po maturze chodził na kremówki.

Nie róbmy z tak wielkiej osobowości, jaką niewątpliwie był Jan Paweł II, pozbawionego głębi świątka, na którego sławie można samemu się wypromować, a może i zrobić niezły interes. Piszę z rozmysłem MY, żeby upomnieć samego siebie. Daleko mi bowiem do doskonałości, już nie tylko Jana Pawła II, ale nawet Karola Wojtyły. Po maturze chodziłem na piwo. 

Witajcie po Świętach 26 marzec 2008

O 5:40, z delikatnością godną Mike’a Tysona, wyrwany zostałem z kojących objęć Morfeusza. Zmuszanie do wstawania o takiej porze powinno być uznane, jeżeli nie za przestępstwo, to przynajmniej za poważne wykroczenie.

Ale nic tak nie poprawia nastroju jak dobre śniadanie i pozytywnie załatwiona sprawa w Biurze Obsługi Klienta Operatora Systemu Dystrybucyjnego energii elektrycznej. No i rzecz jasna Słońce. Jaskrawe, ciepłe światło niespiesznie rozlewające się w ciszy poranka. W oddali śpiew ptaków, pojawiające się coraz odważniej pąki na nagich gałęziach. Czyżby wiosna? Gdyby tylko powietrze nie było tak przenikliwie zimne. Niech już przyjdzie wiosna. Może zwalczy ogarniającą mnie niemoc twórczą.

Witajcie po Świętach. 


<< Maj 2012
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Księga gości
 
O mnie
Kamadhatu
33
,
Gdańsk
"Nec temere nec timide" znaczy "Ani bojaźliwie ani zuchwale". Tą dewizą dawnych Gdańszczan ja także się kieruję.
Kamadhatu to w kosmologii buddyjskiej świat pożądania. Czyż nie tak wygląda ten świat, nasz świat?
Zobacz mój profil
Wy, którzy
Zajrzeliście:
 
10594
Skomentowaliście:
 
405
Zagościliście:
 
15
Archiwum
Rok 2012
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2011
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2010
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2009
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2008
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Marzec
Luty
Styczen
Rok 2007
Grudzień
Listopad
Październik
Wrzesień
Sierpień
Lipiec
Czerwiec
Maj
Kwiecień
Oddaj głos na mojego bloga!
Aktualna liczba głosów:
 
484
Zobacz serwisy INTERIA.PL